Niemowlak

Czemu zacząłem nosić syna w chuście?

Jestem facetem i noszę syna w chuście. To brzmi trochę śmiesznie, bo jakbym wyznawał jakąś straszną prawdę typu „no wiecie, mam na stopie kurzajkę”. Powiedziałbym nawet, że jestem dumny z tego, że motam Kociełła.

Znowu to powiem – gdy pojawił się w naszym życiu Kociełło, nie miałem pojęcia jak obsługiwać dzieci, a tym bardziej noworodki. Była jakaś szkoła rodzenia, były jakieś artykuły czy książki, które przeczytałem. Praktyki – zero. No i zaczęło się noszenie. Ale po kolei.

Kociełło lubił być na rękach i dosyć wyraźnie to okazywał. Po miesiącu miałem bicepsy ze stali, a młody rósł. Po urodzeniu to było 4500 gram dziecia i chociaż spadł trochę w pierwszych dwóch tygodniach, to zaczął przybierać w tempie rozpędzonego kota. No i trzeba go było dalej nosić.

Planowaliśmy nosić go w chuście, ale jakoś nie mogliśmy się zebrać. W okolicy jego urodzin złożyło się sporo rzeczy w naszym życiu i umówienie się z doradczynią noszenia było jakimś tam kłopotem logistycznym. Poza tym nie wiedzieliśmy od kiedy można nosić dziecko w chuście (jak się okazało – od początku, ale, jak wspomniałem, wtedy nie wiedziałem za wiele).

Olka wpadła do nas w sobotę rano, poćwiczyliśmy na manekinach (takich lalkach ćwiczebnych), potem Kociełło dał się zamotać i… poszło. Młodego zostawiłem z Asią, Olę podrzuciłem na kolejkę i wróciłem do domu. Zostaliśmy z niezbyt dobrą chustą i jeszcze trochę marudzącym maluchem we trójkę.

Początkowo było średnio. Wiązania nie wychodziły nam za dobrze, ale się staraliśmy. Do tego Kociełło czuł, że nie czujemy się zbyt pewnie, więc trochę się szarpał. Z uporem i spokojem ćwiczyliśmy motanie na żywym organizmie i jakoś poszło. Po tygodniu było nieźle, po dwóch – powiedziałbym nawet, że dobrze. Z racji tego, że Aśka jeszcze była w stanie średnio dobrym po porodzie, najczęściej nosiłem wieczorami i nocami. W praktyce wyłącznie w chuście.

Powód był prosty – byłem zmęczony, a jak człowiek jest zmęczony to, powiedzmy sobie szczerze, nie ma takiej pary w łapach. Ani wytrzymałości. Chusta odciążyła nam ręce, ale dociążyła plecy. Mogliśmy nosić Kocięłłę o wiele dłużej i o wiele wygodniej (dla nas, zakładam, że on też łaskawie przyjmował fakt, że został zamotany). Do tego po tygodniu chusta stała się „natychmiastowym usypiaczem” – dwie-trzy minuty chodzenia i młody spał. Bajka.

Dla nas to był idealny układ. Z synem w kieszonce mogliśmy czytać (czytniki e-booków… to jest to!), prowadzić szczątkowe życie towarzyskie za pomocą telefonów, a nawet czasem usiąść spokojnie. Oboje przeczytaliśmy z Kocięłłą w chuście kilkadziesiąt książek. Jeśli nie więcej.

Muszę przyznać, że dzięki chuście nauczyłem się spać na siedząco. Oczywiście kończyło się to tak, że budziłem się z obolałym karkiem i spałem „na popielniczkę”. Za to Aśka mogła pospać spokojnie, a ja… powiedzmy, że też mogłem pospać. Na pewno to lepszy układ niż kwadrans noszenia i kwadrans snu.

Z czasem Kociełło zaczął spać lepiej, a chusta została z nami. Potem pojawiła się lepsza (to był jakiś pasiak), potem kolejna, też lepsza i… jakoś tak poszło. Pojawienie się w naszym życiu szmat (czyli chust) uratowało nas od wracania ze spacerów po dziesięciu minutach z płaczącym dzieckiem na ręku. Do tego pojawił się nowy wymiar mobilności. Ale to już zupełnie inna historia.

Autor http://kurierliteracki.blogspot.com/ Mąż Asi, ojciec Kociełła. Czasem coś pisuje o literaturze.
0

0 Tatentowiczow dodało do Ulubionych ten artykuł. Dodaj i Ty!

  • Tagi: