Podróże z dzieckiem

Kupiliśmy fotelik. Za połowę ceny samochodu.

Gdy urodził się Kociełło (czyli nasz syn) nie wiedziałem o obsłudze dzieci dosłownie nic. Ale to tak zupełnie nic. Kiedy pojechałem po żonę i syna do szpitala, do auta wrzuciłem fotelik, który dostaliśmy w spadku od szwagierki. I w sumie wszystko byłoby OK, bo darowanemu koniowi i tak dalej. Ale.

Początkowo Kociełło wydawał się bardzo samochodowym dzieckiem. Zasypiał w ciągu kilku minut, nie budził się z krzykiem… Wszystko było naprawdę spoko. Tylko potem zaczął rosnąć, a my zaczęliśmy szukać informacji o fotelikach samochodowych dla dzieci. I zaczęły się schody.

Pierwszych kilka miesięcy Kociełło przejechał w „skorupce” od popularnego 3 w 1. Było ciężko, bo fotelik zaczął go parzyć tak samo jak gondola. Niestety nie dało się go wozić w chuście, więc dłuższe podróże samochodem ograniczyliśmy w praktyce do zera. Żadne z nas nie chciało kombinować z postojami w dziwnych miejscach. No i zaczął wyrastać z tej łupinki, więc trzeba było podjąć zdecydowane kroki.

I wtedy zaczęliśmy szukać nowego fotelika. Wiedzieliśmy mniej więcej, czego chcemy: RWF, atestowany, o konstrukcji czołgu. Szybko się okazało, że to będzie całkiem kosztowny zakup. Wgryźliśmy się wtedy w temat i weszliśmy w „podziemie fotelikowe”. Chyba tak je można nazwać.

Chłonęliśmy informacje hurtowo i w końcu wyklarował się nam wybór. Zdecydowaliśmy, że jednak wydamy więcej i podjedziemy do sklepu specjalizującego się w fotelikach dla maluchów. Bo jak coś robić, to robić dobrze.

Podjechaliśmy, pogadaliśmy, powiedzieliśmy czego potrzebujemy. Albo raczej – czego Kociełło potrzebuje. No to młody wskoczył gdzie trzeba, wyraził opinię za pomocą mniej lub bardziej skoordynowanych ruchów kończyn i pomruków. Doszliśmy do wniosku, że akceptuje propozycje specjalistów. Trzeba było sprawdzić, czy któryś z fotelików będzie pasował do samochodu.

I wtedy wyszła wtedy ciekawa rzecz: tylna kanapa tylnej kanapie nierówna. Przymierzyliśmy dwa foteliki i okazało się, że jeden z nich nie pasuje, bo nie ma podpórki, która stabilizowałaby go w samochodzie. Nie wiedzielibyśmy tego, gdyby ktoś nam tego nie przymierzył. Po prostu.

Też inną sprawą jest montaż. Niby jestem w miarę ogarnięty manualnie, ale miałbym kłopot, żeby wszystko dobrze podopinać. Pewnie dałbym radę, ale jakby się okazało, że coś nie pasuje to… niekoniecznie bym chciał potem się przerzucać z ekspedientem, że „prawo do zwrotu” i tak dalej. A wozić Kociełła w foteliku, o którym wiem, że nie jest dobrze zamontowany lub spasowany też bym nie chciał. Dodatkowo dostałem parę fajnych „pro tipów” dotyczących zapinania w foteliku i regulacji zagłówka, co jest naprawdę super.

No i jeździmy z tym nowym fotelikiem prawie miesiąc. Zrobiliśmy już jedną trasę, sporo pojeździliśmy po okolicy i… jest OK. Fotelik przestał parzyć – dosłownie i w przenośni. Pasuje do rozmiarów młodego, a do tego nie przegrzewa go (to był ogromny problem ze starym fotelikiem, który wyglądał jakby był zrobiony z kawałka styropianu) i jakoś tak spokojniej mi z tym, że wożę młodego w bezpiecznym foteliku.

Jest też inny kłopot. Kiedy płaciłem za fotelik uświadomiłem sobie mało przyjemną rzecz. Nagle wartość naszej leciwej primery wzrosła o 1/3. Ale tak sobie pomyślałem – zależy nam na tym, żeby nasze dziecko było bezpieczne. W samochodzie mamy ileś poduszek powietrznych, pasy i tak dalej. Więc nie ma co się bawić i oszczędzać na bezpieczeństwie dziecka. Jak widzę w autach za grube pieniądze foteliki z marketu za dwie stówy to tak wewnętrznie drapię się w głowę i zastanawiam, o co w tym chodzi.

Póki co nie żałujemy tego zakupu. Chociaż dobrze dał po portfelu (a to wcale nie żaden wypasiony fotelik), to wiem, że gdy będzie trzeba, to fotelik zrobi swoje. Pewnie nie będzie miał okazji, ale jakoś tak spokojniej mi się z tą świadomością jeździ.

Autor http://kurierliteracki.blogspot.com/ Mąż Asi, ojciec Kociełła. Czasem coś pisuje o literaturze.
0

0 Tatentowiczow dodało do Ulubionych ten artykuł. Dodaj i Ty!

  • Tagi: