Niemowlak

Złe matki są najlepsze – wywiad z Segrittą

„Złe matki są najlepsze – poradnik szczęśliwej mamy” Matyldy Kozakiewicz (czyli blogerki Segritty) to książka o macierzyństwie inna niż wszystkie. I do tego z okładką, która przed premierą (i po niej) wzbudziła sporo kontrowersji. Zapytaliśmy autorkę o to, jak zmieniło się jej życie po urodzeniu dziecka. Jeśli chcecie się dowiedzieć, co Segritta sądzi o prywatności dziecka w sieci, karmieniu piersią publicznie i czemu nie czyta poradników – koniecznie przeczytajcie ten wywiad :).

Asia Śmieszek (Tatento.pl) Matyldo, kiedy dowiedziałam się, że jesteś w ciąży, byłam czytelniczką Twojego bloga. Napisałaś o tym w jednym z wpisów i to było takie… zaskakujące. Jakby nie pasowało, było ogromnym zaskoczeniem.

Matylda Kozakiewicz (Segritta) Intuicyjnie użyłaś słowa, którego używali moi przyjaciele, że jak to? Matylda w ciąży? Przecież to do siebie nie pasuje. Ja rzeczywiście prowadziłam taki tryb życia, który był daleko od bycia matką. Uwielbiałam się bawić, podróżować, czasem wyjść na miasto i spać potem do 14. I spodziewałam się, że macierzyństwo będzie dla mnie bardzo trudne. No bo przecież jak ja wstanę o 6 rano do płaczącego noworodka? Dzieciata Segritta to był swego czasu oksymoron.

Teraz użyłaś słowa „trudne”. Mówisz, że macierzyństwo wydawało się trudne. W Twojej książce przewija się sformułowanie, że jest łatwe i chciałaś to pokazać. Czy to było dla Ciebie największe zaskoczenie w macierzyństwie?

Tak, to było wielkie zaskoczenie. Nie wiedziałam wiele o ciąży i macierzyństwie przed zajściem w ciążę, bo przecież jako singielka nie czytałam książek o dzieciach… Słyszałam za to od różnych koleżanek, sąsiadek, ciotek, że poród jest bardzo bolesnym doświadczeniem. Moje mama powiedziała wręcz, rodząc moją siostrę, że to pierwszy i ostatni raz, że nigdy więcej.

Ale Twoja siostra jest starsza, prawda?

Tak, no właśnie, takie to było „nigdy więcej” (śmiech). Co jeszcze słyszałam? Że dziecko nie daje spać i trzeba się wyspać na zapas. Że trzeba się wybawić, wyszaleć, bo potem już tylko pieluchy i rozmowy o kupach, papkach i słoiczkach. Że nie będzie czasu na przyjaciół i przyjemności, bo przecież będziesz siedzieć w domu z tłustymi włosami i w poplamionych koszulkach. I nigdy nie wyjdziesz na miasto inaczej niż z dzieckiem w wózku. To taka nieciekawa wizja, że nie dziwię się kobietom, które odwlekają decyzję o macierzyństwie w nieskończoność. Ja też uwierzyłam w każde słowo, ale mimo wszystko bardzo chciałam dziecka i stwierdziłam, że trudno, przemęczę się, ale mam już 30 lat i czas najwyższy. Mężczyźni mają taką przewagę nad nami, że mogą spłodzić dziecko nawet po siedemdziesiątce. My musimy zdążyć przed menopauzą. Poza tym poczułam się wreszcie dojrzała do bycia mamą i pomyślałam „OK. Jestem gotowa na ten hardcore”. Wyspałam się na zapas, wypiłam już hektolitry whisky i wytańczyłam się za wsze czasy. Teraz czas na zakotwiczenie w domu, pieluchy i rozmowy o kupach. No i okazało się, że rzeczywistość okazała się dużo fajniejsza niż w przepowiedniach. Że to w sumie proste i całkiem fajne. I jestem szczęśliwsza teraz, niż byłam wtedy.

Wow. Super!

Tak, to niesamowite, ale teraz rzeczywiście jestem szczęśliwsza niż byłam, mimo że oczywiście moje dziecko budzi mnie rano. I nie tylko rano. Do dziś przebudza się nocą i muszę do niego wstawać, bo od jakiegoś czasu śpi już we własnym łóżeczku. Ale nie sprawia mi to takich problemów, jak sądziłam. Odnalazłam się w tym, mimo że wiele rzeczy się w moim życiu zmieniło. Np. nie mogę już tak swobodnie podróżować, bo pakowanie to już nie jest wrzucenie do torby kosmetyczki, majtek i dwóch t-shirtów na zmianę.

No tak, to już nie jest 15 minut…

Właśnie, to już parę godzin kombinowania, czy na pewno wzięłam wszystko. Czy mam wszystkie ciuszki, pieluchy, kremy i leki, gdyby coś się działo. To myślenie o wyjeździe na tydzień wprzód i zapisywanie sobie ważnych rzeczy, których nie mogę zapomnieć oraz pakowanie szeregu drobnostek, które ułatwią życie z dzieckiem na wyjeździe. Poza lekami biorę czasem termometr i ten dziwny odsysacz do nosa na katar, bo jak jedziesz na dwa tygodnie, to trzeba się przygotować na każdą ewentualność. Są jeszcze zabawki, wózek, kocyki… Ale lubię to planowanie i pakowanie.

Mówiłaś o instynkcie, który się pojawił. Że jest coś takiego, co cię prowadzi. Czy obyłaś się w ogóle bez żadnego poradnika? Tak całkowicie?

Napisałam mój, przeczytałam go i już wiedziałam, co mam robić (śmiech).

Haha. To jest dopiero hardcore!

Napisałam sobie poradnik, ponieważ nie mogłam znaleźć odpowiedniego dla siebie. Dla siebie sprzed trzech lat. To trochę tak, jakbym chciała sobie samej wytłumaczyć, jak to będzie naprawdę i żeby się nie martwić, bo będzie super. Moja książka paradoksalnie namawia kobiety, żeby nie czytały poradników. A konkretnie, żeby potrafiły zaufać sobie bardziej niż poradnikom. Żeby odnalazły swój instynkt i potrafiły przedłożyć go ponad porady koleżanek, ciotek, a nawet matek. I nawet czasami lekarzy. Ta ilość bzdur, którą usłyszałam od lekarzy odkąd urodziłam dziecko przechodzi ludzkie pojęcie. Od lekarzy! Od pediatrów i ginekologów słyszałam, że karmienie dziecka po pół roku jest bez sensu, bo to przecież sama woda.

 

Tak… Mam roczne dziecko i już od kilku miesięcy słyszę pytania lekarzy „To pani jeszcze karmi?”

No właśnie! Dla mnie to jest skandaliczne. Jest oczywiście wielu wspaniałych lekarzy, którzy poważnie traktują swój zawód i dokształcają się w swojej specjalizacji. Ale jest też sporo takich, którzy mówią swoim pacjentkom, że długie karmienie źle wpływa na życie seksualne albo że mleko po 6 miesiącach już nie jest wartościowe dla dziecka. A badania mówią coś zupełnie innego i obowiązkiem lekarza jest leczenie i doradzanie w zgodzie z nauką i badaniami. Ten tekst o karmieniu i seksie powiedział mi… kardiolog. Czyli osoba, do której nie przyszłam z problemem karmienia piersią, tylko po prostu chciałam zbadać serce mojego dziecka. No i przy standardowym badaniu lekarka zapytała, czy karmię piersią i powiedziała, że to zniszczy moje życie seksualne.

Ojej, ale to nawet nie naukowo, ale tak po ludzku – trochę nie wypada…

No trochę nie wypada. Lekarzom nie wypada też przepisywać homeopatycznych leków, ale robią to bardzo często. Generalnie wypada im postępować zgodnie z etyką lekarską i posługiwać się nauką i medycyną, żeby pomagać ludziom. Kropka. Na tym powinno się skończyć, ale wielu z nich wierzy w jakieś mity dotyczące wychowywania czy opieki nad dzieckiem, które funkcjonowały 50 lat temu i dawno zostały obalone. Niech wierzą. Ale niech nie wprowadzają w błąd pacjentów.

Fajnie, że mówisz o tych mitach. Są rzeczy kulturowo utrwalone dotyczące tego, jak się dzieci wychowuje, jak się je karmi. Czy myślisz, że to najbardziej szkodzi młodym matkom? Ten nacisk społeczeństwa dotyczący tego, jak powinny postępować?

Zobacz, to jest tak, że instynkt – przynajmniej w teorii – jest czymś, co masz naturalnie w sobie i nie musisz się tego uczyć. Dzisiaj my paradoksalnie musimy się tego instynktu nauczyć, a właściwie zacząć go słuchać pomimo głosów z zewnątrz. Współczesny człowiek od dziecka uczony jest przeciwdziałania instynktowi. Musi panować nad emocjami, pojąć skomplikowaną etykietę kulturową, konwenanse, zasady współżycia w społeczeństwie, wyrobić w sobie odruchy, które zupełnie nie są naturalne dla człowieka – np. stania na czerwonym świetle, naciskania na hamulec w przypadku zagrożenia na drodze lub płacenia za jabłko na straganie, zanim się je weźmie do ust. Tego wszystkiego musieliśmy się nauczyć. Nic dziwnego więc, że przyszła matka oczekuje jakiejś instrukcji postępowania w przypadku urodzenia dziecka, bo przecież nie ma pojęcia, jak to się obsługuje. A tu się okazuje, że w momencie porodu nagle „wiemy”, co robić.

Czyli ten instynkt działa głównie w macierzyństwie?

Nie tylko, ale to akurat w tej sferze widzę najwięcej zdezorientowanych kobiet. Pomimo tego, że nasz świat jest zaawansowany technologicznie, to w momencie, kiedy zachodzisz w ciążę, nikt nie wyjmuje z ciebie tej zapłodnionej komórki i nie pozwala jej dojrzeć w inkubatorze, żebyś ty mogła sobie w spokoju popracować i pojechać na urlop. Budujesz dziecko z dwóch komórek i rodzisz je z krwią, z wodami płodowymi, z łożyskiem, z pępowiną, którą trzeba odciąć, musisz się też zmierzyć z bólem. To wszystko jest bardzo pierwotne i poza towarzyszącym ci personelem medycznym samo doświadczenie nie różni się niczym od tego, czego doświadczały kobiety 2000 lat temu. Cały ten proces i to, co następuje później bazuje na instynkcie, a właściwie powinno bazować na instynkcie.

Wow. To było mocne. Mówiłaś o tym uniwersalnym doświadczeniu kobiecym. Czy po porodzie zmieniły się Twoje relacje z kobietami i masz np. więcej przyjaciółek-kobiet?

Przyjaciele mi zostali ci sami. Mam jedna nową przyjaciółkę, którą w sumie częściowo zawdzięczam dziecku i jest nią ilustratorka książki, Agata Dębicka, którą poznałam, bo miała dziecko w podobnym wieku i zaprosiłam ją na wspólny spacer, podczas którego złapałyśmy świetny kontakt. Nie zmieniły się moje upodobania. Mam te same pasje, te same marzenia. To jest pytanie, które często pada w wywiadach i też prywatnie: czy moje życie zmieniło się po macierzyństwie, czy ja się zmieniłam po macierzyństwie. Nie. Zmieniły się pewne rzeczy w moim życiu, ale one zmieniły się też, kiedy przeszłam na własną działalność i uciekłam od korporacyjnego życia, one się zmieniły kiedy zdałam maturę oraz w momencie kiedy pojechałam do Paryża na stypendium. Było mnóstwo cezur w moim życiu, które je zmieniły. To nie były zmiany większe niż macierzyństwo. Każda była po prostu inna.

Czy możesz zdradzić, w którym momencie zrodził się pomysł na książkę? Jak wyglądał ten proces? Jak wyglądały np. problemy z karmieniem, o których piszesz na bieżąco?

Na książkę składają się częściowo wpisy z bloga, które już odniosły sukces w internecie. Wybrałam posty, które były najbardziej popularne, które się rozchodziły szerokim echem i pomyślałam, że skoro są tak dobre, to warto podzielić się nimi ze światem, żeby nie tylko „internetowe” matki miały szansę je poczytać. Oczywiście większość to nowe teksty, ale te blogowe mają taką fajną właściwość, że były pisane na bieżąco, razem z rośnięciem mojego dziecka i moją ewolucją jako matki. Pamiętam doskonale moment i chyba największą zmianę jaką przeszłam jako matka, kiedy poddałam się w walce o godziny kamienia mojego dziecka. Pomimo, że wiedziałam, że powinnam karmić na żądanie, to byłam zaskoczona tym, ze moje dziecko je 21 razy na dobę. Czytałam, że karmienie na żądanie jest najlepsze - kiedyś zalecano co 3 godziny, ale to za rzadko, bo dziecko przeważnie chce więcej, więc nawet gdyby chciało 18 razy, to jest OK. A mój syn chciał jeść 21 razy! I pomyślałam, że może to za często i przekraczamy jakąś normę. Zaczęłam się martwić. Nie wiedziałam, co z tym zrobić i pomyślałam, że wprowadzę jakieś limity. Zaczęłam karmić co 2 godziny, co oczywiście okupiłam słuchaniem płaczu syna. Po pewnym czasie wydało mi się, że młody pogodził się z tym nowym rytmem i to działa, ale potem znowu wracał płacz. I wtedy się poddałam. Stwierdziłam “OK, będziesz jadł 30, 40 razy na dobę, jeśli chcesz. Będę cię miała w chuście i będziesz pił cały czas”. I dopiero wtedy on się uspokoił. I ja się uspokoiłam. Przez miesiąc jeszcze karmiłam te 20 razy na dobę, a potem interwały zaczęły się wydłużać. Same z siebie.

To jest niesamowite, że żyjemy w XXI wieku, jest ogromny dostęp do informacji, a mamy problem z takimi kwestami. Kiedy zostałam matką, znałam teorię, że nawet do 18 razy jest OK, a miałam wrażenie, że mój syn wcale nie przestaje jeść. Martwiłam się, że go przekarmiam, pediatra mówił, że pewnie nie mam mleka (sic!), więc pewnie dlatego „wisi na piersi”. Czytałam ten wpis u Ciebie i to był zapalnik, żeby powiedzieć „OK!” i przestać się stresować. Fajnie, że jesteś takim głosem rozsądku.

Dzięki, to było bardzo miłe. Właśnie Ty jesteś powodem, dla którego napisałam książkę. Chciałam, żeby inne matki, które są takie jak ja, wiedziały, że nie są same. Że w tym obecnym wzorze macierzyństwa z telewizji, gdzie uśmiechnięta matka podaje uśmiechniętym dzieciom płatki na śniadanie, kiedy uśmiechnięty mąż czyta gazetę, a niemowlęta przesypiają pół dnia - nie musimy się odnajdywać, bo to jest świat z reklam. A każda matka ma swój własny, prawdziwy świat. W moim świecie można założyć dziecku założyć jedną warstwę odzieży mniej niż sobie. Można mu nie założyć czapeczki, jak się idzie do samochodu zimą. Można zostawić roczniaka na tydzień z dziadkami i pojechać na wakacje z partnerem. Albo pozwolić dziecku ganiać boso po trawie wiosną. Myślałam kiedyś, że jestem jedyną kobieta, która kąpie dziecko 2 razy w tygodniu…

Skandynawowie zalecają, żeby kąpać niemowlęta raz w tygodniu.

No właśnie. Mam wrażenie, że te zalecenia codziennego kąpania dziecka są sponsorowane przez producentów kosmetyków dla dzieci. Żeby jak najwięcej tego zużywać i kupować nowe. I my rzeczywiście oddajemy się temu szaleństwu i kąpiemy dzieci raz dziennie - nie dlatego, że dziecko to lubi albo ja to lubię – tylko dlatego, że tak trzeba. A nie trzeba.

To jest ciekawe, że marketing bardzo mocno przenika sferę rodzicielstwa.

Tak było z mlekiem modyfikowanym. Moda na karmienie mieszanką wynikała z tego, że ktoś wyprodukował mieszankę, do której dodał witaminy i wmówił matkom, że to jest lepsze od ich mleka. Co jest oczywiście bzdurą, ale tak im wmówiono i ten mit pokutuje do dziś.

Mleko modyfikowane to stosunkowo nowy produkt i z tego co pamiętam, zostało wynalezione podczas pierwszej wojny światowej, żeby wykarmić duże ilości sierot. A teraz, po 100 latach w Polsce okazuje się, ze choć zalecenia to wyłączne karmienie piersią przez 6 miesięcy, to 6-miesięczne dzieci piersią karmi tylko 4% kobiet…

Tak, nie pamiętam tych liczb, ale rzeczywiście to tak lawinowo spada. W pierwszych dwóch miesiącach karmi połowa, a kończy się na tych 4% po połowie roku. Myślę, że wiele kobiet chciałoby karmić, ale rezygnuje pod naporem „opinii” albo dlatego, że nikt im nie pomaga w razie trudności. Ja też miałam moment bolesnego karmienia przez pierwsze dwa tygodnie od startu laktacji. To jest problem, który ma mnóstwo kobiet. A można tego uniknąć między innymi dzięki prawidłowemu przystawianiu dziecka do piersi. Tylko tym powinny zajmować się szpitale, położne, doradcy laktacyjni lub promotorzy karmienia piersią, do których nie każda matka ma dostęp - albo po prostu nie wie, że są takie osoby.

Jeszcze pytanie z innej beczki: Twój syn w sferach internetowych funkcjonuje jako „Kociopełek”. Nie podajesz jego imienia, nie zamieszczasz wizerunku. Kiedy podjęłaś taką decyzję?

Jeszcze przed urodzeniem dziecka. Ta decyzja wynika głównie z tego, że jestem osobą publiczną i nawet mój prywatny profil w internecie śledzi kilka tysięcy osób. Wolę nie łączyć mojego publicznego życia jako blogerki z prywatnym życiem mojego dziecka. Natomiast nie mam nic przeciwko innym, którzy pokazują swoje dzieci w internecie - ważne, żeby robić to z głową. Żeby nie pokazywać ich w kompromitujących pozach czy czynnościach, nie naśmiewać się z nich. W samym opublikowaniu zdjęcia nie ma nic złego, o ile oczywiście samo dziecko nie ma nic przeciwko. Bo czasem taki dziesięciolatek powie „dość” i nie będzie chciał, żeby jego rodzic publikował jego zdjęcia na Fejsie. Trzeba to uszanować, a czasem nawet skasować zdjęcia, które opublikowało się wcześniej. Jeżeli tego się trzymamy, to spoko. Ja po prostu podjęłam inną decyzję, bo jestem blogerką.

Żadne agencje nie kusiły Cię ofertami reklamowania produktów dla dzieci?

Nie, w agencjach, z którymi współpracuję, wszyscy wiedzą, że wizerunek mojego syna nie jest na sprzedaż. Natomiast korci mnie czasem, żeby go pokazać światu, gdy on wygląda najsłodziej na świecie, lub kiedy zrobi coś superzabawnego… lub powie coś śmiesznego i mam to nagrane na telefonie i …nie mogę, no po prostu nie mogę tego pokazać. Ale mam taką grupę najbliższych znajomych na Facebooku i spamuję ich zdjęciami Kociopełka. I oni są strasznie dzielni, bo do tej pory jeszcze nikt z tej grupy nie odszedł, chociaż wiem, że ich to zanudza na śmierć. Podziwiam ich, bo ja bym chyba tego nie wytrzymała – zupełnie nie interesuję się innymi dziećmi ani ich życiem (śmiech).

Nie czułaś po porodzie, że coś się zmieniło np. w postrzeganiu dzieci?

Uważałam zawsze, że do drugiego roku życia wszystkie dzieci są brzydkie - poza własnym. I podtrzymuję to twierdzenie - choć oczywiście Kociopełek wydawał mi się wyjątkowo ładny. Myślałam, że to wyjątek. Oglądam dziś jego zdjęcia z pierwszych miesięcy życia i ..no cóż, jak wszystkie dzieci w tym wieku, wyglądał jak Ryszard Kalisz. No niestety. Naćpana oksytocyną byłam, nie dostrzegałam tego (śmiech).

Odnosząc się do hejtu – czy czytasz recenzje i komentarze dotyczące Twojej książki, a szczególnie jej okładki?

Recenzje tak, komentarzy nie. A przynajmniej nie te na portalach plotkarskich. Decydując się na tę okładkę spodziewałam się, że wywoła różne emocje. Jednak nie spodziewałam się, że hejt będzie tak mocno skupiony na karmieniu piersią publicznie. To mnie jednak tylko zmotywowało do walki. Wierzę w sprawę i chcę uczynić karmienie piersią czymś normalnym i naturalnym. I wiem, że nie jestem jedyna. Mam nadzieję, że po mojej książce ukaże się jeszcze masa takich okładek. I coraz mniej z nas będzie się bało się karmić piersią publiczne.

Spotkałam się z zarzutami, że przedstawiasz lukrowaną wizję macierzyństwa, bo nie rozumiesz matek, które nie są w uprzywilejowanej sytuacji.

Nie słyszałam tego typu głosów na temat książki, ale sama miałam wobec siebie takie zarzuty i zawsze kiedy mówię w wywiadach, że macierzyństwo jest super, to słyszę w głowie taki głosik, który mówił „Halo! Jesteś szczęściarą”. Mam partnera feministę i mam zawód, który mogę wykonywać z domu. Zarabiam nieźle, mamy dwie babcie, które są zaangażowane w bycie babciami, więc mam świadomość tego, że jest nam łatwiej. Samotne matki nie mają tyle szczęścia. Ale na swoją obronę powiem, że takich kobiet jak ja jest więcej. Takich, które mają partnerów i babcie, ale nie potrafią ich zaangażować w wychowanie i oddać, zwłaszcza partnerowi, jego udział w wychowaniu dziecka. I powiedzieć mu „Ej, to nasze wspólne dziecko. Mogę je nosić 9 miesięcy i karmić piersią, ale ty możesz wziąć na siebie wszystkie przewijania i kąpiele. Oraz co drugą noc, kiedy trzeba do niego wstawać i lulać do snu”. Możesz i powinieneś. Tak powinno być. Naprawdę wiele kobiet może podzielić się tymi obowiązkami, ale nie robi tego, bo tkwi w jakimś patriarchalnym schemacie, w którym mężczyzna ma prawo do odpoczynku po powrocie z ośmiogodzinnej pracy, a kobieta pracuje cały dzień i nikt jej nawet herbaty nie zaproponuje. Ona też ma prawo, żeby odpocząć. Chciałam trafić do matek, które mają partnerów, mają rodziny, ale z jakichś powodów boją się podzielić obowiązkami wychowawczymi.

Teraz się udało! Bardzo dziękuję za wywiad. No i zachęcam do przeczytania książki!

Zdjęcia podpatrzyliśmy z bloga Segritty.

 

Autor
0

0 Tatentowiczow dodało do Ulubionych ten artykuł. Dodaj i Ty!

  • Tagi: